ZIELONA GÓRA: Kucharska-Dziedzic pisze w sprawie „afery bilbordowej” i ośmiesza samorządowców

Informacje Inne News Bar News Box News Slider

„Jak już pełnisz jakieś publiczne stanowisko to z automatu zostajesz Ludwikiem XIV i państwo to ty. Nagle się okazuje, że środki publiczne na promocję miasta, regionu, instytucji, to środki na promocję ciebie. Namnożyło się biuletynów samorządowych, w których na każdej stronie pokazuje się lokalny włodarz udający Edwarda Gierka. Fotograf zatrudniony za publiczną kasę strzela fotki politykom z celebrytami, którym się zapłaciło z publicznej kasy za przyjazd na imprezę zorganizowana za publiczną kasę. Nawet jakby Pink Floyd przyjechało, to i tak najważniejszy na koncercie był polityk, który za koncert zapłacił z publicznej kasy.” – pisze radna Ruchu Miejskiego Anita Kucharska-Dziedzic w sprawie „afery bilbordowej” z udziałem najważniejszych polityków samorządowych z regionu:

Kucharską-Dziedzic poruszyła informacja o bilbordzie, który ze swoją podobizną postwiła w mieście Wioleta Haręźlak, szefowa sejmiku lubuskiego, a służbowo również dyrektorka Departamentu Edukacji i Spraw Społecznych w Urzędzie Miasta Zielona Góra. Na bilbordzie Haręźlak chwali się budową… „Centrum Zdrowia Matki i Dziecka”. Brzmi poważnie…

Wiadomo, ogrzać się w blasku takiej inwestycji, jest przed wyborami bardzo wskazane. Stawiając bilbord Wioleta Haręźlak zapomniała chyba tylko, że prawo do używania inwestycji jako politycznej trampoliny, ma tylko jedna osoba w regionie, Marszałek Elżbieta Polak. Jest więc zgrzyt w koalicyjnej rodzinie, uśmiech na twarzach świadomych Lubuszan i rozpacz oraz złość w jądrze PO, która miała dotąd wyłącznośc na szpitalny lans. Dodajmy, lans, który jest bardzo skuteczny…

Cały wpis Anity Kucharksiej-Dziedzic publikujemy poniżej:

Jest afera bilbordowa w Zielonej Górze: jedna pani drugiej pani skopiowała bilbord i podpięła się pod flagową inwestycję, sama w danej sprawie nie zrobiwszy nic, o czym byśmy dotąd wiedzieli.
Ta afera to objawy dwu zgnilizn od lat toczących nasze życie publiczne.
1 Ściąganie czyli kradzież pomysłów i działań.
Plagiat jest najwyższą formą uznania – powtarzałam 20 lat w BABIE, kiedy kopiowano nasze pomysły. Pierwszy projekt złożyłyśmy do Fundacji Batorego, koordynator przyjechał sprawdzić, kim jesteśmy, bo ten sam pomysł złożyła inna szacowna fundacja z Zielonej Góry. Znałyśmy szczegóły techniczne, dostałyśmy grant. Drugi nasz projekt z sukcesem zrealizowany w powiecie, inna szacowna organizacja zrobiła w całym kraju za ogromne publiczna pieniądze. Cieszyłyśmy się, że nauki poszły w Polskę, bo my byśmy pewnie nie dały rady, choć może tak to sobie tłumaczyłyśmy. Robiłyśmy wiele działań za darmo, miesiąc po nas, lokalne NGO o wyjątkowo podobnej nazwie przyjeżdżało z podobnymi, ale płatnymi ofertami. Ostatni numer z kradzieżą pomysłu miałyśmy rok temu, tym razem szacowna międzynarodowa organizacja dała grant plagiatorkom, nie nam.
To samo przerabiam w Ruchu Miejskim, przy okazji widząc, jak można dla pieniędzy zeszmacić dziennikarski honor. Przez całą kampanię samorządową ktoś wynosił nasze pomysły. Partie podpinały się pod działania obywatelskie. Panowie dawali swoje twarze na bilbordy, podpinając się pod nie ich pomysły i nie ich zasługi.
Lojalna gazetka zwana gadzinówką może dać kilka stron o zielonych przystankach, zielonych ścianach, ani słowem się nie zająknąwszy, że to projekty złożone przez Ruch Miejski do Budżetu Obywatelskiego. Paweł Zalewski nabiegał się i nakonsultował i co z tego? Pozwie biuletyn? To nie kłamstwo, to przemilczenie. A czym jest ten rzekomy prezydencki ruch miejski z ubiegłorocznej kampanii? Już tylko martwą platformą dla lansu prezydenta i jego radnych. Budki lęgowe Joanny Liddane ktoś pamięta? – pomysł nie zrealizowany, choć wygrany. Inni się na nim lansują. Pod tablicą pokazującą stan powietrza fotografowała się osoba działająca na szkodę miejskiego środowiska, nie pomysłodawczyni. Przepchnęliśmy przez radę miasta dąb Zbigniewa Czarnucha, wielką pracę Sebastiana Pilichowskiego przejęto na bezczela.
Nohil novi sub sole w naszym mieście, tyle, że tym razem szefowa sejmiku wycięła taki numer marszałek województwa.
2. Kasa publiczna to kasa polityków
Jak już pełnisz jakieś publiczne stanowisko to z automatu zostajesz Ludwikiem XIV i państwo to ty. Nagle się okazuje, że środki publiczne na promocję miasta, regionu, instytucji, to środki na promocję ciebie. Namnożyło się biuletynów samorządowych, w których na każdej stronie pokazuje się lokalny włodarz udający Edwarda Gierka. Fotograf zatrudniony za publiczną kasę strzela fotki politykom z celebrytami, którym się zapłaciło z publicznej kasy za przyjazd na imprezę zorganizowana za publiczną kasę. Nawet jakby Pink Floyd przyjechało, to i tak najważniejszy na koncercie był polityk, który za koncert zapłacił z publicznej kasy. Bo jakakolwiek lokalna impreza, typu święto ogórka, święto miasta czy regionu to okazja do lansu polityka, który udaje, że to on ją zorganizował albo na nią zaprasza w swej łaskawości. W kampanii samorządowej lokalni politycy za publiczną kasę zapraszali na 2 podobne imprezy przez przypadek zupełnie zorganizowane w podobnym czasie.
W budżecie miasta rok temu radni klepnęli 10 milionów rezerwy dla prezydenta na nagłe i nieprzewidziane: ale nie klęski, lecz koncerty, remonty, otwarcia, przecięcia i lansy wyborcze. Rekord Polski to był.
Jak kieszonkowe dla radnych, patent zielonogórski, po 150 tysięcy do dyspozycji radnego wedle uznania. Oczywiście radnego zaprzyjaźnionego, nie opozycyjnego. Wy mi 10 baniek publicznej kasy do rezerwy, ja wam przez całą kadencję po 150 tysi rocznie na wasze działania wedle uznania. Podatnik zapłaci.
Jak za lokalną gazetkę o nakładzie i kosztach wydawania też w skali absolutnie krajowej, nie lokalnej. ”Łącznik” nasz już nic nie ma wspólnego z pretekstem dla którego powstał, ale jest doskonałym narzędziem lansu polityków, którzy, jak będą dobrze żyć z prezydencką ekipą, to wywiadzik przed wyborami dostaną, dlatego, bez względu na opcję, nikt nie chciał rzeczonego biuletynu likwidować. Ja wam, wy mnie. I tak to działa, podatnik płaci.
Uchwały krajobrazowej też nie będzie, choć przed wyborami bito pianę. Ale wybory do parlamentów w Europie i w Polsce, a za rok prezydenckie, miasto i miasta trzeba zaśmiecić dokumentnie, bo im więcej zarzucimy miasto sfotoszopowanymi twarzami polityków, tym lepszy wynik wyborczy.
Podatnik wszystko łyknie, jak nazwę nagrody przyznawanej w stajni, ale wprost nawiązującej do jednego z najważniejszych orderów w Polsce. Gazeta lokalna łyknęła, czytelnicy łyknęli, paru zorientowanych się pośmiało.
Chcieliście Polski, no to ją macie, skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie.
Mamy w Zielonej Górze aferę, jedna pani drugiej pani podwędziła pomysł, osiągnięcia i działania, no i bilbord. Czy ktoś się przejął? Raczej tym, że fotoszop na bezczela i pani nie do poznania. I pewnie bardziej się pani przejmie tym, że napisze ktoś że jest brzydsza w rzeczywistości, niż że lans jak włam na działki.
Zgniło już dawno.
Choć chciałabym się mylić.

ANITA KUCHARSKA-DZIEDZIC