Załatwiony przez wymiar (nie)sprawiedliwości

Informacje News Box

To, co spotkało pana Władysława może posłużyć jako przykład totalnej patologii sądowniczej. Pokazuje, że człowiek w starciu z machiną sędziowską jest tylko cyferką, z którą nikt się nie liczy. W takich sytuacjach, jak na dłoni wychodzą układy urzędniczo-biznesowo-towarzyskie.

Pan Władysław od wielu lat jest kierowcą ciężarówki. Przejechał tirem dziesiątki tysięcy kilometrów. Nigdy nie miał kłopotów z pracą. Nigdy też nie był na bakier z przepisami. Aż do września 2011 roku. Wówczas doszło do kolizji drogowej z jego udziałem. Nikomu nic się nie stało, a pojazd został uszkodzony w tak niewielkim stopniu, że ubezpieczenie nie obejmowało wypłat za takie zniszczenia. Ale jak się okazało, z małej szkody może zrobić się ogromny kłopot. I się zrobił…

– Jechałem wtedy do Mosiny z towarem – wspomina pan Władysław. – Gdy wyładowałem auto zawróciłem do Zielonej Góry. Była potężna mgła. Dojechałem do niestrzeżonego przejazdu kolejowego, otworzyłem obie szyby i nasłuchiwałem czy nie zbliża się pociąg. Nic nie jechało i ruszyłem przez tory.

Niestety, okazało się, że zaraz za przejazdem zaczęła się droga śrutowa. A na niej znajdował się pień po świeżo ściętym drzewie. Auto uderzyło kołem w pień i utknęło. Pech chciał, że około 10 cm samochodu znajdowało się jeszcze nad torami i co gorsza, po kilku minutach zaczął nadjeżdżać pociąg.

– Ubrałem więc kamizelkę odblaskową i wybiegłem na tory – mówi pan Władysław. – Pociąg nie jechał szybko i maszynista zauważył pana Władysława. Było jednak za późno aby zatrzymał skład.

Uderzenie w naczepę tira nie było jednak wielkie. Być może zabrzmi to kuriozalnie, ale można je zakwalifikować jako zwykłą stłuczkę. O małej skali zdarzenia może świadczyć fakt, że pan Władysław po wezwaniu policji i dokonanych oględzinach mógł ruszyć autem w dalszą drogę. Dostał mandat 300 zł.

 

Pracodawca wstrzymuje pensję

 

Nikomu nic się nie stało i wydawało się, że sprawa zostanie załatwiona. Niestety problemy zaczęły się szybciej niż przewidywał. Dwa dni po zdarzeniu pan Władysław postanowił odejść z pracy.

– Taka jest praktyka, a ja źle bym się czuł w tej firmie. Byłem trochę zły na siebie za całą tę sytuację – wspomina pan Władysław. – Chciałem tylko, żeby firma rozliczyła się ze mną.

Niestety, pracodawca nie chciał wypłacić panu Władysławowi pensji. Zamierzał obciążyć mężczyznę kosztami napraw naczepy i ciągnika. Wstrzymał więc należną wypłatę, co jest niezgodne z prawem.

– Wtedy po raz pierwszy poszedłem do sądu – podkreśla pan Władysław.

Sprawa nie była trudna i zakończyła się po myśli pana Władysława. Cóż jednak z tego skoro mając wyrok i tak nie był w stanie wyegzekwować swoich pieniędzy. Dostał je dopiero gdy tematem zajął się komornik. Ściągnął należność z firmy wraz z odsetkami. Z drugiej strony firma założyła sprawę o wypłatę za zniszczenia auta. Co ciekawe auta w pełni ubezpieczonego.

 

Szukanie haka na kierowcę

 

Okazało się, że to dopiero początek sądowej gehenny. Firma odwołała się od niekorzystnego dla niej wyroku.

– W sądzie próbowano udowodnić, że zrobiłem wszystko specjalnie, a ze mnie typowego wariata – podkreśla pan Władysław.

Pracodawca zażądał zwrotu kosztów zniszczenia pojazdu wraz z odsetkami i odszkodowania. Razem miało być kilkanaście tysięcy. I co ciekawe sędziowie zamiast oceniać sprawę, zaczęli szukać haków na pana Władysława. – Nie mogę powiedzieć wprost, że sędzia jest nieuczciwy, ale gdy w grę wchodzą pieniądze, to nikt nie liczy się z człowiekiem – twierdzi pan Władysław.

Na jakiej podstawie sądzi tak pan Władysław? Gdy doszło do apelacji, wydawało się, że wystarczą zeznania świadków i jego wyjaśnienia. Wydawało się, że mężczyzna ma wszystkie atuty w rękach.

 

Podstawiony świadek

 

Maszynista, który brał udział w kolizji podtrzymał wersję zdarzeń którą przedstawiał na początku. Podobnie inny pracownik kolei, który widział zdarzenie. Obaj przyznali, że warunki pogodowe były fatalne i wina pana Władysława jest praktycznie żadna. Ich zdaniem był on bardziej ofiarą całego zdarzenia.

Najgorsze przyszło jednak już po chwili. Okazało się, że sąd dopuścił jako dowód zeznania świadka, którego nikt nie widział na miejscu zdarzenia. Co dziwne, tenże świadek niewiele wiedział o samym zdarzeniu, ale dokładnie opisywał rzekome zachowania pana Władysława podczas przejeżdżania przez przejazd. Piotr M. twierdził również, że pogoda tego dnia była wspaniała, a cała sprawa jest wynikiem błędu pana Władysława. Opowiadał też, że żadnego konara na drodze nie było, a wszystko co opowiada pan Władysław to nieprawda.

– Byłem w szoku, gdy słuchałem zeznań tego człowieka – wspomina rozżalony pan Władysław. – Uważam, że został opłacony przez pracodawcę. Ale gorzej jest, że sędzia w ogóle dopuścił takie bzdurne zeznania do rozprawy. Ten człowiek w ogóle nie widział zdarzenia. Sam porobiłem zdjęcia tego konara. Drzewo po którym pozostał, było bardzo duże. Zdjęcia pokazywałem na pierwszej sprawie i wtedy ją wygrałem.

 

Biegły fałszuje opinię

 

Komu zawierzył jednak sędzia Marcin Grochmal? Dwóm świadkom, uczestnikom kolizji, czy jednemu, podstawionemu, który wziął się praktycznie znikąd? Oczywiście temu ostatniemu. Podstawą wyroku była też opinia biegłych. Jeden z nich przedstawił uszkodzenia TiR-a w taki sposób, jak gdyby ciężarówka brała udział w crash teście. Gdyby na poważnie przyjąć opis biegłego, to auto nadawałoby się do kasacji. Ciekawe więc w jaki sposób pan Władysław przejechał nią kilkaset kilometrów i wrócił na bazę. Tego biegły nie był w stanie wykazać. Do tego koszty naprawy auta zostały zawyżone kilkukrotnie.

– Gdy to czytałem, nie mogłem uwierzyć, że biegli mogą tak fałszować dokumentację – mówi pan Władysław. – Ale przynajmniej sędzia powinien zachować się uczciwie. W końcu jest sędzią.

Mężczyzna nie wie czy nadal będzie walczył o swoje racje. Jak dotąd cała sprawa kosztowała go ponad 10 tys. zł. Ale jak sam podkreśla stracił tylko pieniądze. Coś więcej stracił za to sąd. Nie jest już bowiem dla pana Władysława instytucją, którą darzy się zaufaniem. A raz straconego zaufania nigdy się nie odzyska. Szczególnie gdy instytucje państwa odsuwają się od obywatela…

 

DANIEL SAWICKI