PIŁKA NOŻNA: Kości zostały rzucone…

News Bar News Box News Slider Sport

Tak można odnieść się do zainaugurowanych w połowie sierpnia rozgrywek piłkarskich na Ziemi Lubuskiej. Król Futbol rozpoczął kolejny rok panowania. Jaki to będzie okres, dowiemy się za około dziesięć miesięcy. Jednym zapewne przyniesie smutek, innym radość. Będzie też grupa w miarę zadowolonych i grupa odczuwająca niedosyt. Jak w życiu.

A póki co po zespołach IV ligi i Klasy Okręgowej, 56 drużyn Klasy A części zielonogórskiej, w tym pięć z naszego miasta, położyło karty na stół. Może jeszcze nie wszystkie, może niektóre kluby w okresie „mercato”,

czyli do końca sierpnia uzupełnią lub zasilą swoje zespoły, ale myślę, że generalnie niewiele się zmieni.

Inna sprawa, to okres przygotowawczy. Jedni spędzili go bardzo intensywnie, inni mniej. U jednych forma

jest już prawie optymalna, inni dopiero wchodzą na wyższe obroty. Po paru kolejkach będzie można z grubsza

to ocenić.

Byłem w sobotę 18-ego na zielonogórskich derby w Klasie A: Chynowianka podejmowała Drzonkowiankę.

Było pierwsze wyjście drużyn prowadzonych przez arbitrów, było pierwsze przywitanie, pierwszy gwizdek sędziego; pierwsze okazje do zdobycia bramki, pierwsze parady bramkarzy, pierwsza żółta kartka, a potem czerwona. Nie było natomiast soli piłkarskiej, czyli goli. Z czego to wynikało? Po części z dobrej dyspozycji obu bramkarzy (Damiana Perwińskiego – Drzonkowianka i Romana Gradusa – Chynowianka), ale też ze źle (jeszcze???) nastawionych celowników.

Była natomiast walka na całej długości i szerokości boiska. Do przerwy zdecydowanie lepsze wrażenie pozostawili po sobie goście z umiejętnie rozdzielającym piłki Jackiem Hajdaszem. Jednakże defensywa Chynowianki dobrze kierowana przez Marcina Michniewskiego nie dała się zaskoczyć. Po zmianie stron nieco lepsi byli gospodarze, ale wyniku to nie zmieniło.

Z dziennikarskiego obowiązku dodam, że zawody prowadził Damian Bączkiewicz w asyście Wojciecha Bączkiewicza (swojego Taty!?!) oraz Waldemara Szczepanka. Całość widowiska obserwowało około sto osób.

Bernard M. Kotalla