MŁODOŚĆ I NOWOCZESNOŚĆ: Cyrk na kołach

Felietony News Bar News Slider

Rok wyborczy jest rokiem cudów. Co było niemożliwe przez cztery ostatnie lata, nagle staje się możliwe, ruszają inwestycje miejskie, alleluja. Na wszelki wypadek, żeby nikomu nie umknęło, że w mieście „się dzieje”, wszystkie prowadzone są równocześnie. Coraz to nowi zbawcy mówią o potrzebie zmian, o tym, że wiedzą najlepiej czego potrzebuje nasze miasto, aby stało się krainą mlekiem i miodem płynącą. Coraz więcej cudownych recept na uszczęśliwienie mieszkańców.

To są rzeczy, z którymi się pogodziłem i powiem szczerze, że czułbym się nieswojo, gdybym w tak wyjątkowym czasie nagle nie zobaczył tej przedwyborczej szopki. Takie są prawidła demokracji i logika działań kampanijnych. Ale nawet polityczny populizm, zwyczajowo uprawiany w tym okresie, powinien mieć swoje granice. Moim zdaniem zostały one przekroczone w sprawie „darmowej” komunikacji miejskiej.

Dlaczego darmowej napisałem w cudzysłowie? Bo nie ma nic za darmo. Przecież nikt z nas nie uwierzyłby, gdyby zadzwonił do nas przedstawiciel telefonii komórkowej i zaoferował nowy topowy telefon, tablet, internet i rozmowy bez limitu do wszystkich sieci w abonamencie za 0 zł. Dlaczego zatem wierzymy politykom? W sprawie „darmowej” komunikacji politycy przedstawiają pozornie solidne argumenty na poparcie swego pomysłu: walkę ze smogiem i odkorkowanie miasta. Ale wystarczy chwila analizy, by obnażyć ich słabość. Zanieczyszczenia komunikacyjne to tylko 5-7 % ogółu wszystkich miejskich zanieczyszczeń, zaś darmowa komunikacja nie sprawi, że kierowcy aut nagle przesiądą się do autobusów. Oni jeżdżą autami nie z oszczędności, tylko z wygody. A darmowa komunikacja w kwestii wygody nie ma im nic do zaoferowania.

Tymczasem aby móc się rozwijać transport miejski potrzebuje pieniędzy zarówno z dotacji, jak i z biletów. Za „darmową” komunikację ostatecznie wszyscy zapłacimy. Najpierw spadkiem jakości, bo każda usługa, za którą nie idzie odpowiednie wynagrodzenie, zawsze traci na jakości. Zapłacą za to pracownicy MZK albo innej miejskiej spółki, zmniejszeniem wynagrodzeń lub zahamowaniem wzrostu płac. Zapłacimy w postaci podniesionych podatków i opłat lokalnych, jak opłaty za strefę płatnego parkowania lub podatek od nieruchomości. Najbardziej zadłużone miasto w województwie lubuskim zadłuży się bardziej, aby sfinansować obietnice wyborcze. Będziemy mieli darmową komunikację, ale o tak niskim standardzie, że niewielu będzie chciało z niej korzystać. Bezdomni będą mogli wozić się od pętli do pętli.

Potrafiłbym zrozumieć sytuację, w której to sami mieszkańcy, w referendum, decydują się na „darmową” komunikację miejską wskazując jednocześnie źródło finansowania, np. przez podniesienie podatku od nieruchomości. I choć byłbym przeciw, byłoby to w porządku. Ale obecnie serwuje się nam się kiełbasę wyborczą przyrządzaną na wszystkie sposoby. Już teraz mamy kłopoty z kierowcami MZK. Relatywnie niskie wynagrodzenie sprawia, że nie ma chętnych do pracy, więc zawieszona jest część połączeń. Kierowcy w innych sektorach mogą zarabiać więcej, dlatego trzeba podnieść pensje, żeby nie likwidować kolejnych linii. I stajemy w miejscu, w którym musimy podjąć decyzję czy zadłużamy się bardziej i jeszcze mocniej dotujemy komunikację, czy likwidujemy następne połączenia, aby nie rozleciał nam się budżet. Pytanie brzmi: czy chcemy Zielonej Góry zadłużającej się, aby zrealizować nieuzasadnione ekonomicznie, populistyczne obietnice? Czy może lepiej dążyć do zbilansowania rachunku ekonomicznego naszego miasta? Czy chcemy Zielonej Góry socjalnej, czy przedsiębiorczej? W którym kierunku pójdziemy? Jaką mamy wizję? Jakie priorytety? I jaka będzie cena za tę podsuwaną nam właśnie wyborczą kiełbasę?

MATEUSZ SIKORSKI

(Nowoczesna)